Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla młodzieży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla młodzieży. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 października 2017

#13 Byłam tu - trochę na temat bólu istnienia.



„Jak człowiek może osiągnąć taki stan? Jak to możliwe, by zdecydować się na śmierć, a potem zająć się bieżącymi sprawami jakby nigdy nic? Jeśli to da się zrobić – czemu nie dało się żyć dalej?”

Ta recenzja jest niespodziewana. Teoretycznie powinien się tu pojawić Pierwszy Śnieg, który skończyłam czytać wczoraj. Miałam w planach sięgnięcie po Charlotte Link, ewentualnie Cudowne tu i teraz, tylko że żadnej z tych książek nie mogłam znaleźć. Zapadły się jak kamień w wodę albo jak pilot, kiedy akurat chcę pooglądać telewizję (rzadko spotykane zjawisko, a jednak się zdarza!). Pod ręką leżała książka Gayle Forman – „Byłam tu”. Kupiłam ją na całkiem fajnej promocji w księgarni Świat Książki, w przypływie kompulsywnych zakupów wywołanych wszechogarniającym mój mózg napisem SALE. Kosztowała mnie całe 14.99 i raczej nie spodziewałam się po niej zbyt wiele, ot, pozycja młodzieżowa, taka na chwilę relaksu.

„Nie mają pojęcia, o czym, u diabła mówią. Nie wiedzą jak to jest budzić się rano i czuć tylko gniew. Nic więcej, co pozwoliłoby przetrwać dzień. Jeśli zostanie mi on odebrany, będę jak otwarta rana. Bez szans.”

Zaczęłam ją czytać wczoraj późnym wieczorem i wywołała u mnie sporo mieszanych emocji. Zacznijmy od fabuły – młoda dziewczyna popełnia samobójstwo. Jej bliska koleżanka, wciągnięta w wir żałobnych uroczystości, przeżywa tę śmierć na swój sposób. Od pierwszych stron czujemy jej gniew. Na początku wydaje się on bardzo nieprzystający do sytuacji i mówiąc wprost – egoistyczny. Rodzice jej przyjaciółki, z którymi główna bohaterka – Cody – była bardzo związana, proszą ją o drobną przysługę. Przywiezienie rzeczy Meg z akademika. Cody podejmuje się tego zadania, a sekwencja zdarzeń z jaką się zderza sprawia, że zaczyna odczuwać potrzebę zrozumienia motywów, które kierowały jej przyjaciółką.



Rozmowy, po których następnego dnia zataczałyśmy się z niewyspania, ale były one nam równie niezbędne do życia jak choremu transfuzja. Momenty nadziei rozsypane jak brokat na ciemnej tkaninie małomiasteczkowego życia.”  

Powiem szczerze, że zwykle męczy mnie styl pisania, którym posługuje się autorka. Książka niemalże nie zawiera opisów miejsc, w których główna bohaterka się znajduje. Na całość składają się krótkie zdania, które przedstawiają nam sytuacje, ewentualne opisy tyczą się głównie bohaterów, dialogi są dość proste. Długo zastanawiałam się, czy ten styl mi przeszkadzał w tej książce, ale wydaje mi się, że nie. Co więcej, mam wrażenie, że ta prostota prowadzonej narracji sprawiła, że sedno problemu zostało wyeksponowane idealnie, że cała nasza uwaga została skoncentrowana na głównym wątku. Samobójstwo jest tematem, który ostatnio w literaturze młodzieżowej pojawia się stosunkowo często, mimo wszystko ta książka mnie ujęła. Pokazała problem w surowy sposób. Przepełniony bólem i ciszą dom rodzinny, przyjaciele i znajomi, którzy żyją gniewem i niezrozumieniem, niepotrzebne już rzeczy, które kiedyś były dla kogoś ważne.

„Kiedy zbieram się do wyjścia, Sue pakuje mi tuzin babeczek na drogę. Są pokryte złotym i różowym lukrem. Urocze, radosne kolory. Nawet jedzenie kłamie.”

Akcja dzieje się w niewielkim miasteczku, więc nieodłącznym elementem są krytyczne uwagi mieszkańców, którzy z pełnym przekonaniem uznają, że rodzice powinni zauważyć, że coś jest nie tak. Zawsze mnie to poraża, ale wszyscy się z tym spotykamy. Rodzice powinni wiedzieć, widzieć, zapobiec. Ale przecież to tak nie działa. Pozornie wszyscy są przecież przejęci i przesyłają kwiaty, laurki z wyrazami współczucia, dzielą się uściskami. Pod pozorami kryje się jednak prawda, o której nikt nie chce wiedzieć. Po śmierci pozostaje więc nie atencja, nie zainteresowanie, nie wieczny podziw. Nie będzie pomników i tego co po niej zostało. Pozostaje tylko pustka.



„Istnieje różnica między zażywaniem naturalnych substancji – takich jak peytol – w celu uczestniczenia w doświadczeniu rozszerzającym świadomość, a pozwalaniem, by banda robotów w lekarskich kitlach manipulowała chemią twojego mózgu. Oni potrafią sprawić, że będziesz czuła i myślała określone rzeczy. Czytałaś „Nowy wspaniały świat”? Te najnowsze cudowne leki to nic innego jak Soma. Rządowo produkowany narkotyk, mający wytłumić wszelką indywidualność i zdusić opozycję. Odczuwanie swoich uczuć jest aktem odwagi.”

Cody podążając szlakiem, który pozostał po Meg, stara się zrozumieć nowe życie przyjaciółki, które pojawiło się, gdy wyjechała na studia. W między czasie dowiadujemy się więcej o życiu bohaterów drugiego planu. O ich drodze, problemach rodzinnych, relacjach, jakie panują w ich domach. Świetne jest to, że choć Gayle jest pisarką amerykańską, świat który wykreowała, równie dobrze pasuje do naszych realiów. Nie jest to życie bogatych dzieciaków z dobrej dzielnicy. Bohaterowie są różnorodni i niestereotypowi. Wywodzą się z różnych środowisk, muszą sobie radzić ze swoimi problemami i życiem, nawet kiedy sytuacja nie sprzyja dobrym decyzjom. Podoba mi się również sposób ukazania relacji międzyludzkich. Każdy bohater ma tu dwie strony, nie ma postaci z gruntu złych, jak i tych idealnych, podobnie zresztą, jak w realnym życiu.



„Piekło to inni ludzie.”

Moim zdaniem autorka zrobiła przy tej książce świetną robotę, myślę też, że sporo emocji kosztowało ją stworzenie tego wszystkiego. Widać zaangażowanie i walkę o to, by przedstawić problem tak, aby jak najlepiej odzwierciedlał on rzeczywistość. Dużo mówią nam na ten temat ostatnie strony, w których zdecydowała się zawrzeć refleksje na temat powstawania książki oraz osobiste przemyślenia zarówno na depresję, jak i życie głównych bohaterów.

„Odmowa podjęcia leczenia depresji niczym się nie różni od odmowy podjęcia leczenia anginy. Wyobraźcie sobie, że ktoś chory na nią nie chce przyjmować antybiotyków ani leżeć w łóżku. To właśnie zrobiły one. Dostał diagnozę anginy i szukały porad w sieci. A tam przeczytały, że powinny codziennie wypalać paczkę mocnych papierosów i uprawiać jogging w deszczu.”

Wydaje mi się też, że książka niesie naprawdę mocne przesłanie i jest istotna. Szczególnie teraz, gdyż żyjemy w czasach, w których problem depresji jest coraz częstszym zjawiskiem, a liczba prób samobójczych, właśnie wśród młodych ludzi, wzrasta systematycznie, z roku na rok. Myślę, że tej pozycji udało się uniknąć efektu nadmiernej ekspozycji samobójstwa, a jego prezentacja nie była gloryfikacją. To ważne, przede wszystkim dlatego, że autor, który decyduje się na powzięcie na warsztat, tak trudnego tematu, musi liczyć się z konsekwencjami, jakimi może być na przykład tzw. Efekt Wertera, czyli wzrost liczby samobójstw po ekspozycji motywu samobójstwa. Z podobnym efektem stykamy się, gdy osoba znana i rozpoznawalna podejmie taki krok, a także kiedy spotkamy się z tym w naszym najbliższym otoczeniu. 

„Życie bywa ciężkie i piękne, i skomplikowane także. Ale oby było jak najdłuższe. Z perspektywy długiego życia widać, że niczego nie można przewidzieć. Że okresy ciemności przychodzą i odchodzą – czasem wspierane dużym wysiłkiem – ostatecznie pozwalając słońcu świecić dalej."

Podoba mi się również to, że autorka zdecydowała się podkreślić, iż depresja to choroba. Wiem, że to jest wiadome, jak i, że to trudny temat, ale w dobie, kiedy internetowe poradniki pt. Jak walczyć z depresją, radzą ludziom by wyszli na spacer lub wzięli się do roboty, a na forach internetowych można przeczytać niewybredne komentarze, które w postach wybitnie depresyjnych upatrują nieudacznictwa życiowego, wydaje się ważne, by powtarzać te słowa do znudzenia. Dzięki słowom, które autorka zdecydowała się przekazać czytelnikowi, jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że ta pozycja jest warta uwagi. Nawet jeśli początkowo miałam do niej bardzo mieszane uczucia.



Jeśli jesteś w ciemnościach, może ci się wydawać, że tak już będzie zawsze. Że będziesz się w niej błąkać samotnie. To nieprawda. Tam na zewnątrz są ludzie, gotowi pomóc ci odnaleźć wyjście.” 

Wiem, że te słowa także brzmią jak pusty slogan, szczególnie dla osoby, która zmaga się właśnie z tym trudniejszym etapem w życiu. Mimo wszystko uznałam, że warto je przytoczyć. Pozycja zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Myślę, że nie jest to lekka lektura, choć czyta się ją naprawdę w tempie błyskawicznym, to w głowie kłębią się przy niej naprawdę różne myśli, a potem trudno się od tych rozważań odciąć. Gotowa jestem przyznać jej 8.5/10 punktów. Poruszyła we mnie pewną strunę, wzruszyła mnie, doprowadziła do tego, że nie mogłam jej odłożyć i głęboko utkwiła w moich myślach. Komu bym ją poleciła? Myślę, że młodym odbiorcom powinna się spodobać, bo i do młodzieży jest skierowana. Nie mówię, że spodoba się wszystkim, bo chyba nie ma takiej książki, która wszystkim by się podobała. Być może, jeśli ktoś przeczytał już dużo pozycji dotyczących tej tematyki będzie mniej zadowolony, choć akcja jest poprowadzona na tyle dobrze, że w zasadzie wyczekuje się zakończenia i rozwiązania tej sprawy, trochę jak w kryminale. Ja nastolatką już nie jestem, ale przyznam, że książka nie jest infantylna, więc jeśli kogoś starszego zainteresuje, to język autorki, jak i kreacja bohaterów, raczej nie odstraszają. 

Tak czy inaczej – polecam. J Dajcie znać, jeśli ją czytaliście, co o niej sądzicie. A może czytaliście inne powieści dotyczące tematu samobójstwa? Lubicie tę autorkę? Polecacie inne pozycje jej autorstwa?

Pozdrawiam Was serdecznie!

Cass

czwartek, 7 września 2017

#5 Playlista dla dwojga – czyli o tym, że muzyka nie tylko łagodzi obyczaje





Może nie musimy składać fragmentów świata w całość. Może to my nimi jesteśmy.” 

Rachel Cohn i David Levithan postanowili napisać książkę osadzoną w klimacie muzyki, oczywiście o miłości. Przeczytałam historię Nicka i Norah niemalże w jeden wieczór i od tej pory dumam, na czym przede wszystkim powinnam skupić się w mojej recenzji. Bardziej interesujący wydaje mi się być wątek muzyczny, a także mocno wolnościowo-lewicujące postaci bohaterów. Wątek miłosny był w porządku i o nim też kilka zdań warto by napisać, ale to, co mnie najbardziej urzekło kryje się w konstrukcji bohaterów. Znajdują się oni gdzieś na granicy tego co nazywamy kontrkulturą z obywatelskim wsparciem dla idei, w ich mniemaniu (cóż, w moim też) słusznych. Co ciekawsze – wszystko to przedstawione jest tak, by było interesujące dla młodego odbiorcy, a jednocześnie pasowało do postaci nastolatków. 

Lou to stary punk, który działał na scenie, kiedy The Ramones byli jeszcze głównie ćpunami, a dopiero w drugiej kolejności muzykami, kiedy punk oznaczał coś więcej niż masową koncepcję marketingową, stworzoną głównie dla dzieciaków spoza miasta.”

Zacznijmy więc od wątku muzycznego. Wróćmy na chwilę do czasów liceum. Nie mam pojęcia, jak to wyglądało w Waszych warunkach, choć przypuszczam, że podobnie. Tak jak dzisiaj mamy dziewczyny kochające One Direction, czy Justina Biebera, wciąż mamy ludzi, którzy alternatywnie szukają klimatów retro, gdzieś migoczą nam zakapturzeni fani rapu, a obok nich spotkać możemy fanatyków naprawdę ostrych brzmień. To bardzo spłycony obraz rzeczywistości, ale mam wrażenie, że w młodości trochę definiujemy się przez muzykę, jakiej słuchamy. Szukamy ludzi, którzy będą podzielać nasze pasje, a jeśli jedną z nich jest muzyka, łączymy się w grupy. Razem wybieramy podobne koncerty, wyjeżdżamy na festiwale, komentujemy nowości wydawnicze. Jeśli nie znajdujemy takich ludzi, mamy szansę komunikować się z nimi przez internet, poznawać na wydarzeniach muzycznych. Możemy rozważać wyższość pierwszej płyty nad drugą, wychwalać kreatywność naszego ulubionego wykonawcy, zachwycać się brzmieniem gitary, czy podziwiać teksty. Podobnie jest u naszych głównych bohaterów. Nick sam tworzy teksty, gra w kapeli, jest częścią tego, co kocha. Norah wydaje się być zdeklarowaną alterglobalistką i pacyfistką, która w muzyce znajduje to, co dla niej najważniejsze. Poznają się na koncercie i w zasadzie cała fabuła rozgrywa się tej jednej nocy. 


„To ten typ faceta, w obecności którego dziewczyny takie jak ja momentalnie sztywnieją. Instynktownie wyczuwam, że jest w nim mnóstwo poezji. (…) Jestem mniej-niż-pięciominutową dziewczyną, która przez jeden – zbyt krótki – pocałunek zdążyła sobie wyobrazić, jak mogłaby potoczyć się ta noc.” 

Nick, jak przystało na wrażliwego tekściarza i muzyka, właśnie przeżywa swój ogromny zawód miłosny i rozstanie. Norah ma być tylko tą pięciominutową dziewczyną, ale ich historia nie kończy się w tym momencie, w związku z czym mamy szansę dowiedzieć się co nieco o przeszłości naszych głównych bohaterów. Wydaje mi się, że Nick w realnym świecie mógłby być nieco irytujący i to nie jego zapamiętujemy przede wszystkim. Zapamiętujemy za to Norah. Książka jest pisana z podziałem na role, więc możemy się zapoznać z perspektywą zarówno jednej, jak i drugiej strony.  I to właśnie jej historia jest o wiele ciekawsza. Pełna nastoletniego buntu, stawiania czoła światu, a może nawet wychodzenia z nim na typową czołówkę. Walenia głową w mur, krytyki systemu, złych decyzji, lepszych decyzji. Postać ta jest mocna, a jednocześnie realna i daleka od wyidealizowania. 


 „Feminizm powinien działać na zasadzie all-inclusive i obejmować walkę o wszystkie aspekty równości między płciami: wyzwolenie seksualne, równą płacę za pracę i fundamentalne prawo każdej dziewczyny do wyrażania uznania dla chłopięco-chłopięcego buzi-buzi.” 

Książka wydaje się być też manifestem lewicowych poglądów. Wszędzie wokół pojawiają się homoseksualiści, kobiety wyzwolone, wolność, krytyka rządów Busha (jednego, jak i drugiego), prawa kobiet, pokój, misje ONZ, czy problem kultury masowej i konsumpcjonizmu. Nie są to wypowiedzi naukowe, a raczej takie, które idealnie pasują do zbuntowanej nastolatki, a jednocześnie trafiają w sedno rozterek, z jakimi przychodzi się mierzyć młodemu pokoleniu. Książka jest w zasadzie zbiorowiskiem fantastycznych tekstów na ten temat, które poza swoim zabawnym wydźwiękiem, dają nam nieco do myślenia. 


„Pewnie masz mnie za okropną jędzę z planety Schizofrenia, ale przysięgam, że wcale nie chcę Ci mieszać w głowie. To w mojej jest bałagan i siłą rzeczy wciągam Cię w swój chaos. (…) Łatwiej mi się odnaleźć, kiedy facet zachowuje się jak dupek. Wtedy wiem, czego się spodziewać.”

Powracając do wątku miłosnego – jest przedstawiony naprawdę ok. Nie jak w wyidealizowanym erotyku, czy romansie, a raczej tak, jak to wygląda w życiu realnych nastolatków. Mimo wszystko nie porwał mnie tak, jakbym chciała. Było to lekkie, przyjemne, a jednocześnie mocno przewidywalne. Poza tym po raz kolejny muszę zaznaczyć, że ja już nie jestem nastolatką. Możliwe, że czytając tę książkę jakieś 10 lat temu, byłabym zafascynowana historią Nicka i Norah. Dzisiaj uważam, że było to coś, co można określić mianem – ok. 

„I wanna hold your hand. Chcę trzymać cię za rękę. Pierwszy singiel. Genialny. To prawdopodobnie najlepsza piosenka na świecie. Trafili w sedno, właśnie o tym marzymy. Nie chcemy spółkować jak napalone króliki 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Nie chcemy też tkwić w małżeństwie, które będzie trwało sto lat. Nie chcemy porsche, obciągania w toalecie, czy rezydencji za milion dolarów. Nie. Chcemy trzymać się za ręce.” 

Natomiast spostrzeżenia, które pozostają gdzieś pomiędzy strefą muzyczną, a miłosną opowieści, bardzo często są niezmiernie atrakcyjne i interesujące, trafne i ciekawe. Mam wrażenie, że ta część książki wychodzi na pierwszy plan. Podobnie rzecz się ma, gdy spojrzymy na bohaterów drugiego planu. Tak naprawdę nic nie jest czarno-białe, albo okazuje się, że nie jest, gdy zagłębimy się w lekturę nieco dalej. To jest to, czego często w młodzieżówkach brakuje. Zła dziewczyna zawsze musi być zła do szpiku kości, dobra najlepiej, gdy jest szarą myszką i nie radzi sobie z własnym życiem, chłopak z zespołu pewnie będzie podrywaczem, a główny bohater przejdzie magiczną przemianę. Tutaj całe szczęście nie jest aż do bólu schematycznie, co nie znaczy, że historia staje się wybitnie zaskakująca. 



„To najlepsza kapela punkowa z nazwą, która ma podkreślać apatię pieprzonych ksenofobów z tego kraju, ślepych na postrach, który sieją jego przywódcy wśród reszty narodów świata, przejętych błahostkami. (…) Ich teksty trafiają w to, co po prostu złe – atakują zwolenników posiadania broni, przeciwników aborcji i homofobów, by przypomnieć słuchaczom, o co warto walczyć.”
„Przy okazji, Tal: tak, uważam, że Palestyńczycy zasługują na własne państwo.” 

Za co należą się brawa dla autorów? Za cytaty. Zdecydowanie i niezaprzeczalnie. Obiecuję Wam, że niejednokrotnie uśmiechniecie się pod nosem, czytając kolejne zdanie. Może nie wczujecie się w fabułę, może wyda Wam się miałka i dziecinna, nieważne. Nawet jeśli tak będzie, tutaj cytaty ratują sytuację, przynajmniej w moim odczuciu. 

 „Nie wiem, w jaki sposób świat uległ rozpadowi. Nie jestem też przekonana, czy faktycznie istnieje Bóg, który może nam pomóc w układaniu go na nowo. Ale sam rozłam jest dla mnie niepodważalny. Rozejrzyj się. Na świecie jest tyle zniszczenia. Co minutę, co sekundę, pojawiają się nowe sprawy, o które można się martwić. Nie masz wrażenia, że nasz świat staje się coraz bardziej fragmentaryczny?” 

Książce przyznałabym ocenę 6.5/10. Jestem trochę za stara i nie jestem grupą docelową, ale książkę uznaję za dobrą. Film jest podobno świetny, ale jeszcze go nie oglądałam. Oglądaliście? Pewnie większość z Was miała już jakąś styczność z tą pozycją. Jak ją oceniacie? 

Jak widać trochę wsiąkłam w młodzieżówkach, ale obiecuję! Kolejną recenzją będzie kryminał i to już niebawem! Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję za wszystkie komentarze! 

Buziaki,
Cass.


piątek, 1 września 2017

#4 Dziewczyna o kruchym sercu - nietypowo o miłości


Hej!

Dzisiejszy post może być nieco mniej logiczny od poprzednich, ale będę recenzować książkę, która rozłożyła mnie na łopatki i choć postaram się o logiczne sformułowanie swoich myśli, bądźcie wyrozumiali. W poście niestety nie będzie zdjęć, przede wszystkim ze względu na to, że książki w księgarniach, do których zaszłam nie było i musiałam wyposażyć się w ebooka, a nie jestem tak uzdolniona, by zrobić artystyczne zdjęcie laptopa :P. 

Zdjęcie główne

Nie wiem czy czytaliście książkę „Dziewczyna o kruchym sercu”, ale jeśli jeszcze po nią nie sięgnęliście, to naprawdę polecam. Świat, do którego przenosi nas autorka, jest w gruncie rzeczy naszym światem, z tym że pojawiają się w nim strażnicy życia i śmierci. Jednym z takich strażników jest właśnie Janek, który, na szczęście, nie gra roli kogoś w rodzaju świętego, czy anioła. Jest zwykłym nastoletnim chłopakiem, który lubi wypić i dobrze się zabawić, co sprawia, że wydaje nam się bardziej rzeczywisty. Tytułowa dziewczyna o kruchym sercu – Ula, jest raczej mocno zbuntowaną dziewczyną. Nie może w pełni korzystać z życia, ale chce je przeżyć z uśmiechem na twarzy, co niekoniecznie jest dobre dla jej zdrowia. 

„Całą drogę trzymałem Ulę za rękę. Bałem się, że gdy ją puszczę, ona nagle gdzieś zniknie, a ja nie będę potrafił jej odnaleźć.”

Piękne jest to w jaki sposób zbudowane są postaci. To że nie są to całkowicie stereotypowe konstrukcje, a ich losy toczą się na wielu płaszczyznach, choć oczywiście główna linia fabularna jest najważniejsza. Poza wątkiem głównym, postaci mają swoje problemy i są stawiane w różnych sytuacjach życiowych. Pojawiają się konflikty rodzinne, jak i kontrasty między rodzinami. Wszystko to sprawia, że świat w którym zostali umieszczeni jest niemalże namacalny. Relacje w tej książce również nie biorą się z niczego. Nie zachodzi sytuacja, w której pierwsze spojrzenie wystarcza, by cała książka kręciła się wokół jednego wątku. Jesteśmy świadkami budowania relacji i jej dojrzewania.

Zrobiło to na mnie faktycznie bardzo dobre wrażenie. Niejednokrotnie tego typu pozycje zakładają, że po jednym spojrzeniu dwójki bohaterów w swoją stronę, cała fabuła może przestać istnieć. Czytelnik nie tyle, że nie potrafi zrozumieć, co zauważa głupotę takiego przedsięwzięcia, a wówczas, choć książka może być naprawdę dobrze napisana, nie ma ochoty się w nią zaangażować lub nie traktuje jej poważnie. Tutaj manewr kreacji bohaterów i ich relacji, stoi na naprawdę wysokim poziomie. Podobnie jest z postaciami drugoplanowymi, odgrywają one swoją rolę w wydarzeniach dotyczących Janka i Uli, ale są też osobnymi istotami, które mają swoje uczucia i emocje, których nie sposób podporządkować jedynie historii głównych bohaterów. 

Choć jest to w gruncie rzeczy rodzaj (nie)typowego romansu i pojawiają się w nim ckliwe dialogi, a nawet momentami lekko nieautentyczne wypowiedzi, nie jest ich aż tyle, by było to denerwujące. Naprawdę rzadko mam ochotę na książki o miłości właśnie ze względu na przesycenie tanim romantyzmem, który niczego nie udowadnia. Tutaj, mimo że na pierwszym planie mamy młodzież, poza wyznaniami miłości, pojawiają się również czyny. Słów jest stosunkowo sporo mniej w relacji głównych bohaterów, co po raz kolejny sprawia, że książki nie wcisnęłabym na półkę romansów. Jest jednak pewna rzecz, która mimo wszystko denerwuje mnie, w większości książek tego typu. Są to dialogi dotyczące seksu. Bardzo rzadko zdarza się, by erotyczne relacje partnerów były dobrze opisane, przynajmniej w moim odczuciu. Co prawda same zachowania i emocje partnerów, były tutaj odarte z idealizmu, z wiadomych przyczyn, co uznaję za ogromny plus, to jednak dialogi towarzyszące tym scenom dość mocno kolidowały z moim całościowym odbiorem książki. Spójrzcie sami:

„- Wiem, że chciałeś mi zagrozić… - Chwyciła zębami płatek mojego ucha, a ja zadrżałem – ale to brzmiało raczej jak obietnica.
Z największym wysiłkiem odsunąłem się od niej.
- Do swojego pokoju, moja panno! Ale to już!”

 Wiem, że zwrot „moja panno” jest celowym zabiegiem, który ma podkręcić napięcie seksualne, czy, bo ja wiem, podkreślić elementy gry, dominacji i uległości, które są niejako nierozerwalnie związane z pierwszymi etapami związku, ale ja naprawdę chciałabym zobaczyć jakiegoś 18-19-latka, który wyraża się w ten sposób. Ale to niewielki mankament, który jednak zwykle przykuwa moją uwagę. 

W zasadzie w książce nie ma momentów zbędnych, czy też nudnych. Fabuła jest prowadzona naprawdę sprawnie i logicznie. Stopniowo, wraz z bohaterami, odkrywamy kolejne karty przeszłości i walczymy, by doczekać jak najdłuższej przyszłości. Dzięki temu, że Janek jest niejako naznaczony byciem strażnikiem, ma on więcej możliwości, niż przeciętny Kowalski, ma on też większą wiedzę o sytuacji, co trochę podkręca zwyczajną, obyczajową fabułę. 

„Sam otworzyłem sobie furtkę, a drzwi do domu nie były zamknięte Kiedyś zapytałem ją o to, dlaczego ich nie zamyka, a ona stwierdziła, że lepiej być okradzionym, niż nie zdołać otworzyć drzwi ekipie pogotowia.”

Przyznam szczerze, że po książkę sięgnęłam przede wszystkim ze względu na historię jaką opisuje. Nie zapoznawałam się z opiniami, starałam się unikać opisów treści. Wciągnęła mnie niesamowicie. Styl pisania autorki jest naprawdę świetny, szczególnie jak na powieść młodzieżową. Wydaje mi się, choć pewności nie mam, że problem „kruchego serca” został w niej świetnie naświetlony, co więcej – dość realistycznie. Zwykle nie spodziewam się zbyt dużo po młodzieżówkach, ale ta przeczy moim uprzedzeniom. Pozwala ona nam na wyobrażenie sobie emocji, które towarzyszą osobie chorej, jak i jej rodzinie. Co ciekawsze, nie jest ona przepełniona żalem do świata i długimi rozważaniami na ten temat, a mimo wszystko ten żal jest wyczuwalny. Wydarzenia nie wydają się być przerysowane. Wszyscy jesteśmy w stanie rozpoznać pewne sytuacje z naszego życia, czy życia bliskich nam osób, obserwować reakcje, które skądś już znamy, dzięki czemu opowieść staje się bardzo realistyczna. Oczywiście, nie obyło się bez wylanych łez, bo naprawdę wczułam się w losy bohaterów.

Czytaliście może „Dziewczynę o kruchym sercu”? Macie jakieś swoje spostrzeżenia? Lubicie takie książki? Jeśli tak, to bardzo mocno Was zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję! Daję jej 8/10 i polecam wszystkim :) A tymczasem rozpoczynamy weekend - jakie macie plany czytelnicze? Dla części z Was to pewnie ostatni weekend wakacji, więc życzę udanej zabawy!
 

Pozdrawiam serdecznie : )


Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia