Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał skandynawski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał skandynawski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 stycznia 2018

#23 Upiory, z którymi walczymy – kolejny raz z Jo Nesbo.

„Sztuczka z upiorami polega na tym by długo i dobrze się im przyglądać, żeby zrozumieć, że są właśnie upiorami. Martwymi, bezsilnymi upiorami.”

Pamiętacie te czasy, kiedy książki w stylu „Ćpuna” i „Pamiętnika Narkomanki”, to były te, które znikały z bibliotecznych półek, gdy tylko się na nich pojawiły? Ja pamiętam doskonale! Ileż się musiałam nachodzić żeby w końcu móc się z nimi zapoznać. Ostatecznie nie zrobiły na mnie tak dużego wrażenia, jak myślałam, ale był to okres, w którym każdy szanujący się gimnazjalista był w stanie wypowiedzieć kilka zdań zachwytu o tych lekturach. Dlaczego o tym mówię? A no dlatego, że Jo Nesbo w „Upiorach” postanowił nas przemieść w świat heroiny i jej podobnych.

Fabuła rozpoczyna się od tego, że dowiadujemy się o popełnionej zbrodni. Nie żyje młody, przystojny chłopak. Drugi siedzi w więzieniu – zbrodnia jest wyjaśniona, co dla Harrego, który wreszcie choć trochę uporządkował swoje życie, wydaje się zbyt proste. W związku z tą sytuacją wraca on do Oslo, by zaangażować się w sprawę i dowiedzieć się, kto i dlaczego jest tak naprawdę winny. 

Ale na tym zasranym świecie wszystko, co dobre, jest albo na receptę, albo wyprzedane, albo osiąga taką cenę, że trzeba zapłacić duszą, żeby poczuć smak. Życie to restauracja, na którą cię nie stać. Śmierć to rachunek za jedzenie, którego nie zdążyłeś skosztować. Zamawiasz więc najdroższą rzecz w karcie, bo przecież odchodzisz, prawda? Może zdążysz złapać choć kęs.” 

Ulice Oslo są czystsze niż zazwyczaj. Handlarzy jest mniej, zgonów z przedawkowania również, co nie znaczy, że narkotyki przestały istnieć. Mimo wszystko władze miasta są zadowolone z takiego obrotu spraw, obwieszczając mediom krajowym oraz zagranicznym swój sukces. Policja usiłuje podtrzymać swój wizerunek – skutecznej instytucji, która potrafi poradzić sobie nawet z największymi problemami, jednak Ci, którzy za to odpowiadają niekoniecznie zawsze działają zgodnie z zasadami – tak prawa, jak i tymi moralnymi. 


Ale może właśnie po to robimy zdjęcia. Żeby zdobyć fałszywe dowody i umocnić fałszywe twierdzenie, że byliśmy szczęśliwi. Bo myśl o tym, że w przeszłości ani razu nie byliśmy szczęśliwi jest nieznośna.” 

Cała narracja toczy się z dwóch perspektyw. Pierwsza tyczy się śledztwa, którego podjął się Harry, z drugiej strony mamy wspomnienia zabitego chłopaka i poznajemy jego historię, która pozwala czytelnikowi dowiedzieć się trochę więcej o zbrodni, jak i o całym wątku kryminalnym. Dzięki tym fragmentom możemy sami usiłować rozwiązać zagadkę, z którą mierzy się śledczy. Snuć rozmaite przypuszczenia i starać się łączyć poszczególne wątki. Nie pierwszy raz Nesbo wykorzystuje ten sposób, ale wydaje mi się, że w tej pozycji najbardziej przypadł mi on do gustu. Wspomnienia były bardzo realistyczne, dawkowane w odpowiednim tempie, tak by nie nudziły, a jednocześnie zaostrzały apetyt. 

Sprawa kryminalna rozwija się raczej spokojnie, choć powieść zdecydowanie jest brutalna i to w ten „brudny” sposób. Zdecydowanie nie dla osób o słabych nerwach, gdyż opisy zbrodni są krwawe i surowe. Jednak w tym przypadku bardzo interesująca jest linia fabularna powieści. Zarówno wątki koncentrujące się wokół życia Harrego, jak i te odnoszące się do innych bohaterów są przedstawiane w dość szeroki sposób. Nacisk kładziony jest tu także na psychologiczne aspekty, tak uzależnienia, jak i szerzej – charakterystyki poszczególnych postaci. To jest to, za co kocham skandynawskie kryminały.


„Byli dwiema niewiadomymi w równaniu bez rozwiązania. Dwoma ciałami niebieskimi na kursie nieuniknionej kolizji. Grą w Tetris, którą tylko jeden mógł wygrać.”

Tę część czytało mi się bardzo szybko, choć początkowo miałam mieszane uczucia. Na pierwszych stronach bowiem poznajemy wiele postaci i łatwo odnieść wrażenie, że trudno nam je będzie rozpoznać. Całe szczęście wraz z kolejnymi stronami okazuje się, że nie jest ich aż tak wiele, bądź też szybko znikają z pola widzenia. Śledztwo zatacza dość szerokie kręgi, a wiele zaangażowanych osób zaczynamy rozpoznawać. Można z czasem zacząć się domyślać – kto i za co odpowiada, jednak ostateczne rozwiązania – zaskakują. 

Jeśli ciekawi Was ile można zrobić dla kolejnej działki, jaki zysk uzyskują Ci, którzy jednak nie biorą, a także dlaczego Harremu tak bardzo zależało na tym, by zająć się tą konkretną sprawą – musicie przeczytać książkę! Nie mogę zdradzić Wam więcej, bo to by zepsuło całą zabawę. Pozycję polecam miłośnikom kryminałów, Ci którzy kochają Nesbo – na pewno już ją czytali. Myślę też, że czytelnicy, którzy upodobali sobie wątki uzależnień, również znajdą w tej pozycji coś dla siebie. Ja książkę oceniam na 7/10.A Wy? Też mieliście taki etap, kiedy książki o narkotykach stały wysoko w hierarchii tych najbardziej pożądanych? Lubicie takie klimaty?



czwartek, 4 stycznia 2018

#22 Pancerne Serce, czyli kolejna randka z Jo Nesbo

„Był więźniem własnego wzorca zachowań, w którym każde działanie w rzeczywistości było czynnością przymusową. Pod tym względem nie był ani o włos lepszy, ani gorszy od tych, których ścigał.”

Powróciłam do Jo Nesbo i to z wielkim hukiem. Autor znów, już na samym początku, serwuje nam wielki wybuch, tak byśmy potem uczestniczyli w poszukiwaniu sprawcy. A robi to jak zwykle bardzo autentycznie. Ci, którym dane było obejrzeć Pierwszy Śnieg, z końcówki filmu dowiedzieli się tego, co dzieje się na początku kolejnej powieści. 

Otóż Harry, standardowo już, ucieka od swoich problemów. Tym razem nie ucieka w alkohol, ale zwiewa do Bangkoku, gdzie zaczyna wieść swoje życie na krawędzi. Niestety, w Oslo nie dzieje się dobrze i Wydziałowi Zabójstw przydałby się specjalista od seryjnych morderców, stąd też poznajemy Kaję, która ma przekonać śledczego do powrotu. Oczywiście, Harry nie jest pozytywnie nastawiony do tego pomysłu, jednak karta przetargowa, jaką posługuje się wysłanniczka jest raczej asem kier, niż dziewiątką wino, tym samym nasz bohater wraca do Norwegii. 

Początkowo mamy do czynienia z dwoma, podobnymi do siebie, zabójstwami. Giną dwie młode kobiety, a sposób, w jaki umierają wydaje się być wyjątkowo brutalny. Mają one w ustach po 24 rany. Wkrótce dochodzi do kolejnego morderstwa, które, choć nie przebiega w analogiczny sposób, zostaje powiązane z wcześniejszymi sprawami. Marit Olsen traci głowę, a Harry swoją musi trzymać na karku, po to by poradzić sobie, zarówno z życiem prywatnym, jak i kolejnym seryjnym mordercą. W tle rozgrywa się też wojna o dominację dwóch dużych instytucji. Otóż Ministerstwu Sprawiedliwości zależy, by podział obowiązków między Wydziałem Zabójstw a KRIPOS był jasny i klarowny, przez co Harry traci swoją całkowitą swobodę działania. Między wierszami przypomina nam się wątki pojawiające się w Pierwszym Śniegu, więc ponownie – czytanie serii po kolei ma tutaj duże znaczenie, inaczej możecie dowiedzieć się zbyt wiele. 


„Trafił w sedno. Oczywiście. Aż tacy jesteśmy banalni. Wierzymy, bo chcemy wierzyć. W bogów, bo taka wiara zagłusza strach przed śmiercią. W miłość, bo upiększa wyobrażenie życia. W to, co mówią żonaci mężczyźni, ponieważ to właśnie mówią.” 

Jak pewnie wiecie – uwielbiam wątki seryjnych morderców w kryminałach. Zawsze wydają mi się bardziej zagmatwane, motywy kierujące mordercą – intrygujące, a całość ociera się zwykle o psychologiczne aspekty w większym stopniu, niż ma to miejsce w przypadku pojedynczych zbrodni. Tym samym Nesbo znowu trafił w punkt. I to jak trafił! Od książki dosłownie nie mogłam się oderwać, przez co mój sen ucierpiał dość istotnie. Poza zaskoczeniami dotyczącymi samego wątku kryminalnego, czeka na nas tutaj trochę niespodziewanych wątków obyczajowych. Nesbo jak zwykle przybliża nam życie swoich bohaterów, a jednocześnie prowadzi akcję w odpowiednio szybkim tempie. 

„Zgadzam się z tymi, że zdolność wybaczania świadczy o jakości człowieka. Zaliczam się do najgorszego sortu.” 

Jeśli chodzi o to, czego mi trochę brakowało, to z pewnością będą to wątki polityczno-społeczne. O ile pozostałe pozycje autora kładą na nie duży nacisk, tu pojawiają się one w bardzo szczątkowej formie i niezwykle rzadko. Mimo wszystko całość czyta się świetnie. Moim zdaniem Nesbo w szczegółach dopracował zarówno zbrodnie, jak i motywy, które za nimi stały. Całość jest dość zawoalowana, na tyle, że choć w pewnych momentach możemy myśleć, że już wszystko wiemy, ktoś potrafi jednym dmuchnięciem rozwiać całą misterną budowlę z kart, jaką udało nam się wnieść.



Nesbo wprowadza tutaj też pewien motyw, który choć doskonale znany jest z wielu książek, to w tej serii pojawił się chyba pierwszy raz. Nowa postać w Wydziale Zabójstw – Kaja, jest trochę zaślepioną miłością kobietą. Dotychczas w tej serii spotykaliśmy raczej kobiety racjonalne, kierujące się różnymi wartościami, niezależne i samodzielne, więc w tym wypadku fajnie dowiedzieć się, że Nesbo jest w stanie w ciekawy sposób pokazać też pewien rodzaj toksycznych zauroczeń, które ograniczają racjonalność i samoświadomość bohaterek. 

Książkę oceniam na mocne 8/10. Nie przybliżę Wam więcej, bo wiecie, jak to z kryminałami bywa. Lepiej wiedzieć za mało, niż przypadkiem przeczytać o jedną recenzję za dużo i potem pluć sobie w brodę.Upiory już na mnie czekają i krzyczą z półki - teraz nasza kolej! 

A Wy? Jak zaczęliście nowy rok? Przeczytaliście coś, co Was wbiło w fotel? Ja za dobrą monetę biorę fakt, że Pancerne Serce przeczytałam w Nowy Rok, więc jeśli sprawdzi się powiedzenie, to wszystkie książki przeczytane w tym roku powinny mnie zachwycić :D 

niedziela, 29 października 2017

#14 Pierwszy śnieg – kiedy „ulepimy dziś bałwana?” przestaje brzmieć sympatycznie.


„Harry przyjechał tu i zostawił samochód na wielkim pustym parkingu, na którym maturzyści, niczym stado lemingów, każdej wiosny zbierali się w celu przymusowego odprawienia rytuału przejścia w dorosłość charakterystycznego dla ich gatunku: tańców wokół ogniska, zamroczenia alkoholowego i pieprzenia.”
Zacznijmy od tego, że moja miłość do Nesbo może sprawiać, że mam klapki na oczach, choć postaram się być obiektywna. Przepraszam też, że tak długo musieliście czekać na tę recenzję, ale ten tydzień to był istny zawrót głowy. Jesień mnie nie rozpieszcza, ale wierzę, że zimą czas zwolni, a ja uskrzydlona wolnością, będę miała więcej czasu na czytanie i pisanie. J
„Ja w nic nie wierzę, ale na tym polega moja profesja. Gdy tylko coś zaczyna przypominać ustalone prawdy, moim zadaniem jest wysunąć kontrargumenty. Właśnie na tym polega liberalizm.”
No właśnie, zima. To jest czas, w którym wszystko się zaczyna, przynajmniej w tej właśnie powieści pana Nesbo. Spada pierwszy śnieg. Kojarzycie ten moment? W dzieciństwie pierwsze płatki śniegu zwiastowały całe morze radości i możliwości. Sanki, bitwy na śnieżki, bałwany… Zostańmy przy bałwanach. Lubicie te grube, śmieszne stworki, które ulepione z nieforemnych kul, z miotłą pod pachą i garnkiem na głowie, zdobiły kiedyś Wasze ganki i podwórka? Myślę, że komisarz Harry Hole ma swoje powody, by ich nienawidzić.
„Harry nigdy nie potrafił czuć prawdziwej radości, gdy sprawy nad którymi pracował, nagle pewnego dnia okazywały się wyjaśnione, dokończone, gotowe. Dopóki toczyło się śledztwo, to ono było jego celem, lecz gdy go osiągnął, widział jedynie, że do celu nie dotarł. Albo że nie tam zamierzał dotrzeć. Albo że cel się przesunął, on sam się zmienił, czy cholera wie jeszcze co. Rzecz była w tym, że czuł się pusty. Sukces nie miał takiego smaku jaki obiecywał, a pojmaniu winnego zawsze towarzyszyło pytanie: co dalej?”
Prywatne życie Harrego, standardowo już, wygląda jakby się miało zaraz posypać. Na dodatek w jego mieszkaniu zadomowił się grzyb, który, przynajmniej zdaniem fachowca, zżera go od środka. Z pewnością nie pomaga w powrocie do formy. Poznajemy również nową policjantkę, piękną, pewną siebie, bystrą, z ciętym językiem, taką, która nie da sobie wejść na głowę, a przy tym potrafi działać zespołowo. Zostaje ona przydzielona do drużyny Harrego, więc poznamy ją nieco bliżej.


„Zaczynała studia na sześciu różnych kierunkach i nigdy nie została w żadnej pracy dłużej niż pół roku. Była uparta, porywcza i rozpieszczona. Zdeklarowana socjalistka. Pociągały ją te kierunki myśli, które głoszą unicestwienie własnego ja. Nielicznymi przyjaciółkami manipulowała, a mężczyźni, z którymi się wiązała, wkrótce odchodzili, bo nie mogli dłużej tego wytrzymać.”
Zacznijmy od fabuły. W mieście dzieje się coś niedobrego. Znikają ludzie, głównie kobiety. Podobieństwo da się uchwycić, choć na pierwszy rzut oka wszystko wygląda tak, jakby po prostu postanawiały uciec od zwyrodniałych mężów, nudnego miejskiego życia, zaczerpnąć świeżego powietrza z dala od problemów. Coś jednak sprawia, że śledczy zaczynają przyglądać się tej sprawie.
­­ „Powodem, dla którego wkład nauki norweskiej w życie społeczności światowej jest tak marginalny, jest to, że zadowolenie z siebie norweskich naukowców, przewyższa jedynie ich lenistwo.” 
Akcja książki toczy się w idealnym tempie. Autor nie pomija istotnych fragmentów, a z drugiej strony nie przeciąga w nieskończoność dygresji i dywagacji na tematy, które dla czytelnika mogą być nieistotne. Jak zwykle ogromny szacunek dla autora, za nafaszerowanie książki trafnymi i ciekawymi cytatami, bo uwierzcie, dawno żadna książka nie dostąpiła zaszczytu noszenia w sobie aż tylu zakładek indeksujących, co właśnie Pierwszy Śnieg.
„Norwegia jest jak gadająca od rzeczy bezdennie głupia blondynka, która zapuściła się w mroczne zaułki Bronksu i oburza się, że jej ochroniarz jest taki brutalny wobec napastników.(…)
- A tym ochroniarzem jest Bush i Stany Zjednoczone – spytał prowadzący.
- Tak. (…) Nasz ochroniarz to neofita, facet z kompleksem ojca, problemami z alkoholem, ograniczony intelektualnie i pozbawiony kręgosłupa bodaj na tyle, by uczciwie odsłużyć wojsko. Krótko mówiąc, facet, z którego powtórnego wyboru powinniśmy się dzisiaj cieszyć.
- Zakładam, że powiedział pan to z ironią?
-Ależ skąd! Słaby prezydent słucha swoich doradców, a w Białym Domu są ci najlepsi, proszę mi wierzyć.”
Sprawa zatacza szerokie kręgi przez co dane jest nam poznać naprawdę wielu bohaterów. Dosięga ludzi wysoko postanowionych, szanowanych w społeczeństwie. Odkrywanie kart tych, którzy doszli daleko, mają armię prawników i walizki wypchane monetami, nie należy jednak do najłatwiejszych. Próby dotarcia do prawdy powodują niemałe zamieszanie.
„Przez głowę przeleciało mu, że mógłby się pomodlić, ale wiedział, że Bóg już podjął decyzję, że szczęście zostało wyprzedane, że ten bilet trzeba kupić na czarnym rynku.”
Myślę też, że warto zwrócić uwagę na to, że książka, jak to u Nesbo, jest naprawdę brutalna. Jednak patrząc na to z perspektywy czasu, to nie opisy zbrodni powodują największe emocje. Krew jest niejako przypisana do tego gatunku, kryminał rządzi się swoimi prawami, a lakoniczny opis zbrodni często szkodzi jego autentyczności. Bardziej rozdzierające są emocje towarzyszące zaginięciom. Ofiary przecież miały rodziny, w tym małe dzieci. Serce łamie fakt tego, że te dzieci zostają pozbawione najważniejszej osoby w życiu, nie dostając nawet możliwości pożegnania się, bo ciała magicznie znikają. 

Usiłował się skoncentrować na tym, co ma zrobić i nie myśleć o niczym innym. Nie dopuszczać do siebie złych myśli. Tak mówił Harry. Mówił, że jedyne potwory jakie istnieją, te, które są w głowie, da się pokonać. Ale trzeba to trenować. Trzeba do nich wychodzić i walczyć z nimi, tak często jak się da. Toczyć z nimi małe bitwy, które można wygrać, potem wrócić do domu, przylepić plaster na rany i wrócić do nich znów.”
Morderca jest świetnie wykreowany. Jest to jeden z tych seryjnych zabójców, którzy postanawiają ze swej profesji uczynić grę. Wiecie: najlepszy policjant w wydziale kontra nieuchwytny zbrodniarz. W związku z tym Harry dostaje pewne wskazówki, które nijak nie łączą się w całość, a powodują jeszcze większe zagubienie. Do tego żaden z potencjalnych kandydatów na mordercę nie wydaje się w pełni autentyczny. Nie jestem specem od rozgryzania spraw w kryminałach, więc nie wiem czy zaprawiony w bojach czytelnik, byłby w stanie odgadnąć rozwiązanie, ale mnie zaskoczyło.
Przyjrzyjmy się przez chwilę bohaterom. W tej pozycji trochę bardziej poznajemy się z zespołem, który pomaga Harremu w śledztwie, a to mi się bardzo spodobało. Choć główny bohater jak zwykle działa głównie sam, to charaktery jego kolegów przestają być dla nas obce. Wydaje mi się także, że dużo wnosi osoba nowej policjantki, która jest całkowitym przeciwieństwem Beate. Katrine Bratt wie do czego dąży, nie boi się pracy z mężczyznami, jest stanowcza i zdecydowana. Ciekawie jest zobaczyć dla odmiany, jak przy takiej osobowości zachowuje się Hole, choć jak wiemy już z poprzednich części, Harry przede wszystkim nie chce, by ludzie mu przeszkadzali w pracy, więc nie bardzo przejmuje się nawiązywaniem głębszych znajomości. Ciekawą postacią jest też, znany już trochę z poprzednich części, Skarre – pewny siebie, ironiczny chłopiec, który czuje się, jakby pozjadał wszystkie rozumy i usiłuje to wszystkim udowodnić. Fajnie się obserwuje, kiedy cała reszta pacyfikuje jego zapędy.

„Może pan powiedzieć, że oferuję swoje usługi na targowisku próżności. Albo że naprawiam ludziom zewnętrzną powłokę by ulżyć bólowi we wnętrzu. Proszę samemu wybrać. Mnie to w zasadzie nie obchodzi.”
Język i styl autora wciąż pozostają na tym samym, bardzo dobrym, poziomie. Jak wiecie spodobał mi się on już od pierwszych części, a każda kolejna tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Nadal bardzo cenię Nesbo za wplatanie różnych wątków polityczno-społecznych w swoje pozycje. Jeśli sięgniecie po książkę, to sami przekonacie się o czym mówię, bo nie chcę zdradzać Wam fabuły, ale uwierzcie: lekarze, a zwłaszcza ci zajmujący się chirurgią plastyczną, politycy, dziennikarze,  a nawet taksówkarze, w pozycjach Nesbo potrafią wygłaszać tak trafne i inspirujące stwierdzenia dotyczące świata, że aż chciałoby się na takich trafiać w realnym świecie.
„Nikt lepiej niż lekarze nie wie, co może przynieść choroba. Podeprę się przykładem stoika Zenona, który uważał, że samobójstwo to godny szacunku czyn, gdy choroba sprawia, że śmierć staje się bardziej atrakcyjna niż życie.”
Książkę polecam z czystym sercem. Nie wiem, czy to jest moim zdaniem najlepsza pozycja Nesbo, ale zdecydowanie dorównuje jakością Wybawicielowi, Karaluchom, czy Pentagramowi. Osobiście preferuję książki kryminalne opisujące seryjnych morderców, w związku z czym pozycja otrzymuje ode mnie 8.5/10. Polecam ją wszystkim miłośnikom kryminałów. Nie widziałam jeszcze ekranizacji, niestety miałam to zrobić w tym tygodniu, ale natłok obowiązków nie dał mi na to szansy, stąd też nie mogę odnieść się do tej kwestii. Widzieliście może film? Polecacie?
Ja tymczasem zabieram się za Krew na Śniegu tego autora, a Wy, co czytacie? :) Koniecznie dajcie znać, czy czytaliście Pierwszy Śnieg oraz jakie są Wasze odczucia, co do tej pozycji! 
Buziaki! 
Cass

poniedziałek, 16 października 2017

#12 Wybawiciel, czyli wariacja na temat dylematu moralnego sprawiedliwego zabójstwa.



„Ludzie w metrze spali. Spali zawsze. Szczególnie w dni powszednie. Wyłączali się, zamykali oczy i pozwalali, by codzienna podróż zmieniała się w pozbawioną snów międzyprzestrzeń nicości z czerwoną albo niebieską kreską na mapie metra, będącą niemym łącznikiem między pracą a wolnością.”

Wybawiciel to kolejna książka Nesbo, po którą sięgnęłam. Wiem, wiem, że powoli zaczynam być monotematyczna, ale kiedy trafi się na coś naprawdę dobrego, to trudno jest to odstawić, a Nesbo znowu wciąga jak narkotyk.

Ścisła fabuła książki rozpoczyna się, gdy podczas charytatywnego koncertu, odbywającego się w iście świątecznej atmosferze, ginie człowiek, członek Armii Zbawienia, sympatyczny, aczkolwiek specyficzny i mający, mimo wszystko, swoje za uszami. Do tego dochodzą problemy z identyfikacją mordercy, który bardzo skutecznie zaciera za sobą ślady. Książka przenosi nas  do innego świata. Z jednej strony będzie to świat Armii Zbawienia, czyli organizacji silnie zhierarchizowanej, w której nie brakuje problemów i zjawisk, których nikt wewnątrz struktury nie chce widzieć. To świat, który trochę jak sekta, usiłuje święcie wierzyć w swoją nieskazitelność, a każde najmniejsze odstępstwo od ustalonych norm, gdy zostaje wykryte, traktowane jest jako zdrada. Zresztą warto zauważyć że już pierwsze strony książki wskazują nam, że w Armii znajdują się ludzie, którzy z pewnością nie powinni do niej należeć, a także, że funkcjonowanie w ramach tego typu społeczności, okupione może być niemałym cierpieniem. Spotykamy się też ze zgoła odmienną rzeczywistością – ludzi, którzy stracili sens życia i na ulicach Oslo usiłują go odnaleźć w narkotykach. W tym idealnym krajobrazie przetaczamy się przez problemy, które nie ominęły nawet tak rozwiniętego kraju, jakim jest Norwegia. Widzimy, że i tam ludzie tracą nadzieję na lepsze jutro.



„Najpierw intuicja, potem fakty. Ponieważ intuicja to również fakty. To wszystkie te informacje, które przekazuje miejsce zbrodni, ale mózg chwilowo nie potrafi ich nazwać.”

Książka oczywiście należy do gatunku powieści kryminalnych, jednak, w odróżnieniu od poprzednich części, można ją również uznać jako powieść sensacyjną. Sama konstrukcja narracji nieco przypominała budowę Pielgrzyma. Równocześnie zapoznajemy się z perspektywą śledczych, jak i z samym mordercą. Poznajemy może nie tyle jego motywy, ile jego sposób myślenia. Dowiadujemy się jaki jest jego plan, śledzimy każdy kolejny krok. Jest to całkiem dobrze zrównoważone, dzięki czemu właśnie powieść czyta się dość szybko i nietrudno jest wgryźć się w fabułę. Jak wiecie bardzo lubię styl pisania Nesbo, język, jakim się posługuje oraz precyzyjną budowę klimatu, w związku z czym w tym zakresie niewiele się zmieniło, dalej jestem oczarowana.

„Mam problemy z religią, która mówi, że wiara sama w sobie zapewnia bilet wstępu do nieba. Czyli z tym, że ideałem ma być zdolność takiego zmanipulowania własnego rozumu, żeby zaakceptował coś, czego nie akceptuje. To ten sam model podporządkowania intelektualnego, którym od zarania dziejów posługiwały się dyktatury. Idea wyższego rozumu, na którego istnienie nie wymaga się dowodów.”

To, co u Nesbo cenię najbardziej, to wchodzenie w zakamarki ludzkiej psychiki i pokazywanie, że nie wszystko jest zero-jedynkowe. Tragedia ludzka może być jednocześnie wybawieniem, śmierć może być narodzinami, a to co błyszczy może być tak naprawdę polakierowanym kawałkiem spróchniałego drewna. Nie chodzi tu tylko o narkotyki. Tłem akcji jest krajobraz, który zobrazowany jest czytelnikowi, jako miejsce bez ucieczki. Gdy przedzierałam się przez kolejne strony było coraz bardziej szaro i ciężko. Naprawdę człowiek wyobraża sobie tę desperację tkwiącą w oczach mężczyzn, którzy swoje miejsce znaleźli w opuszczonych magazynach, czy między kontenerami na odpady. Kobiet, które straciły nadzieję, że kiedykolwiek uwolnią się od swoich oprawców, nawet jeśli to one same po cichu się zabijają. Przez opisy przedziera rozpacz i żal wobec świata. Pokazuje nam się też, że każdy człowiek coś ukrywa. Każdy może okazać się zupełnie inny niż nam się wydaje. Nikt nie jest nieskazitelnie czysty, ale też mało jest ludzi bezapelacyjnie złych.



„Oczywiste było, że chłopak jest zakochany. Nadłożył drogi, jadąc najpierw tutaj, byle tylko bodaj przez kilka minut zostać z Martine sam na sam. Porozmawiać z nią. Uzyskać tę ciszę i spokój niezbędne do tego, by coś przekazać, zademonstrować kim jest, rozebrać duszę do naga, odkryć samego siebie i wszystko to, co przynależne młodości (…). Wszystko to w nadziei na życzliwe słowo, uścisk, pocałunek, zanim ona wysiądzie.”

Autor znów postawił na brutalne opisy. Jak już mówiłam cenię sobie surowość skandynawskich powieści, jednak myślę, że co niektórych może to odrzucać, choć to chyba często występujące zjawisko w kryminałach. Podobnie jak w Karaluchach nie oszczędza czytelnika. Zbrodnie i ból są bardzo obrazowe, miałam wrażenie, że krew przelewa mi się przez kolejne strony, choć tak naprawdę nie było jej tak dużo.

Za co jeszcze kocham skandynawskich śledczych? To chyba oczywiste! Sceny erotyczne. O ile nie umiem przedzierać się przez nie, gdy występują w romansach, a powieści erotyczne zazwyczaj działają na mnie źle, to sceny, w których głównym bohaterem jest Hole, uważam za mistrzostwo świata. Seks jest surowy, odarty z tej romantycznej otoczki, zjawia się nagle, ale logiczne jest, że wszyscy ludzie mają swoje potrzeby w tym aspekcie. Bardzo podobnie odnosiłam się do tego typu scen również w serii z Sebastianem Bergmanem, bo mimo całej surowości – ma to swój urok. Czuć w tym różne emocje towarzyszące bohaterom, motywacje. Nawet jeśli ma mieć to formę mechanicznego zaspokojenia swoich własnych potrzeb, to nie odbywa się to bez towarzyszącego takim sytuacjom napięcia.



Przecież jestem niewinny. My, uprzywilejowani, zawsze jesteśmy niewinni, tyle chyba już zrozumiałeś. Zawsze mamy czyste sumienie, ponieważ stać nas na kupowanie sumienia innych. Tych, których przeznaczeniem jest nam służyć. Takie jest prawo natury.”

Jeśli chodzi o rozwiązanie zagadki, zakończenie, wielki finał – nie wiem jak się do niego ustosunkować. Nie to, że krytykuję, ale czytałam tę książkę bardziej w kategorii powieści sensacyjnej. Oczywiście nie mogło zabraknąć dramatów, zwrotów akcji, posunięć na granicy prawa. Nie byłam też w stanie jej odłożyć, gdy wyjaśnienie było niemalże na wyciągnięcie ręki. Pozostawiła mnie w stanie głębokiego efektu „wow”. Nie było to zakończenie typowe dla kryminałów. Z takimi spotykamy się raczej właśnie w sensacjach.

Jeśli chodzi o życie prywatne bohaterów – Nesbo znów zaspokoił moje oczekiwania. Nie tylko nadal poznajemy Harrego, dowiadujemy się także wiele o różnych pobocznych wątkach, co mi bardzo odpowiada.

„Miłosierdzie. Dzielenie się i pomaganie bliźniemu. Biblia mówi niemal wyłącznie o tym. Tak naprawdę trzeba cholernie długo szukać, żeby znaleźć coś o seksie przedmałżeńskim, o aborcji, o homoseksualizmie i prawie kobiet do przemawiania na zgromadzeniach.”

Komu poleciłabym tę książkę? Na pewno czytelnikom kryminałów. Tym, którzy lubią Autora chyba nie trzeba jej rekomendować. Ale w tym wypadku zachęciłabym do niej także ludzi, którzy czytują sensacje, bo jak na moje oko, ta pozycja ma to „coś” w sobie. Raczej odradzałabym ludziom wrażliwym na barwne opisy morderstw, bo część scen dość mocno wgniata pod tym kątem w fotel. Książce przyznaję 8/10 punktów i właśnie przedzieram się przez Pierwszy Śnieg, choć brak czasu dość mocno mi to utrudnia.

A jak Wam mija październik pod względem czytelniczym? Czytaliście Wybawiciela? Jaka jest Wasza opinia na temat tej książki?

Buziaki!



poniedziałek, 9 października 2017

#11 Pentagram, czyli kilka słów o tym, że Kurier nie zawsze zwiastuje radość.



„Stajemy się żałośni, przy najmniejszej zapowiedzi sukcesu. Tylko dlatego, że przy paru przedstawieniach okoliczności przypadkiem ułożyły się zgodnie z naszą wolą, wydaje nam się, że jesteśmy bogami, którzy kontrolują wszystkie zmienne, i że w pełni jesteśmy kowalami własnego losu. A potem coś się wydarza i odkrywamy, jak bardzo jesteśmy bezradni.”

Znacie ten moment, kiedy nieoczekiwanie do Waszych drzwi puka kurier? Czasami wyczekiwany nawet bardziej niż Święty Mikołaj. Co więcej! W przeciwieństwie do listonosza, kurierzy raczej nie mają w zwyczaju przynosić rachunków za prąd, więc bez obaw otwieramy mu drzwi i z radością przechwytujemy paczkę. Nesbo postanowił, że w swojej nowej książce umieści „Kuriera Śmierci”. To chyba nie ten typ, którego chcielibyśmy spotkać w swoich drzwiach.

„Zastanów się, komu jesteś coś winien. Firmie? Tej, która cię przeżuła, uznała, że masz paskudny smak i wypluła? Swoim szefom, którzy uciekają jak wystraszone myszy za każdym razem, gdy tylko poczują zapach kłopotów? A może samemu sobie? Przez tyle lat harowałeś, żeby ulice w Oslo były jako tako bezpieczne, w kraju, który lepiej chroni kryminalistów niż własnych funkcjonariuszy.”

Krótko o fabule. Harry, jak to Harry, pije alkohol, przejmuje się niedokończonymi sprawami i rozwala swoje życie osobiste wręcz koncertowo. Standardowo – kiedy wreszcie wszystko zaczyna się układać, Harry musi to spartolić, o tyle dobrze, że w imię pewnych wyższych idei, większej sprawy. Bo sednem problemu nie jest alkohol, to nie on odpowiada na pytanie dlaczego. To charakter naszego śledczego skłania go do schodzenia głębiej, a kiedy wreszcie znajduje się na granicy wytrzymałości, schody się kończą, a zaczyna się przepaść.



„A ponieważ praca była w jej życiu jedyną rzeczą, którą uważała za ważną, stanowiło to wystarczający powód, by rano wstać. Wszystko inne było tylko muzyką graną w przerwach. (…) W okresie dorastania czerwieniła się już na myśl o tym, że ktoś mógłby o niej pomyśleć i większość czasu poświęcała na wynajdywanie rozmaitych sposobów ukrycia się. Teraz wciąż się czerwieniła, ale znalazła dobre kryjówki.”

Panuje leniwy okres urlopowy, więc choć Harry nie jest w swojej szczytowej formie, zostaje przydzielony do sprawy morderstwa. Jak się szybko okazuje, ma być to jego ostatni przypadek  w ramach kariery w norweskiej policji. Ma pracować z Tomem Waalerem, którego szczerze nie znosi i wraz z nim upolować zabójcę (bo przecież nie mordercę, powiedziałby nam Hole), który zakłócił spokój panujący dotąd na ulicach Oslo. Nasza przygoda rozpoczyna się, gdy pewne małżeństwo odkrywa, że sąsiadka mieszkająca piętro wyżej wykrwawia się. I to wykrwawia się na tyle dramatycznie, że krew spływająca z sufitu znajduje się w domowym obiedzie pary.

„Zmęczona przede wszystkim sobą. Grzeczną obowiązkową Beate Lonn, której wydaje się, że może coś osiągnąć, jeśli będzie grzeczna. Grzeczna i mądra. Mądra i zawsze gotowa spełniać czyjeś życzenia. Najwyższy czas na zmianę. Ale nie wiedziała, czy ma na to siły. Najbardziej chciała wrócić do domu, schować się pod kołdrą i usnąć.”

Bohaterów przedstawiać nie trzeba, z większością pracowników policji mieliśmy już styczność w poprzednich częściach cyklu. Beate, z którą Harry współpracował już przy ostatniej sprawie,  staje się coraz bardziej interesującą postacią i jeśli lubicie trzymać się linii fabularnej – polecam czytać tę serię we wskazanej (między innymi na okładce) kolejności. Łatwo zrozumieć, jak musi czuć się nieśmiała kobieta, która obraca się w męskim środowisku. Twardym i bezwzględnym. Niesamowicie śledzi się jej przemianę i oczekuję, że będzie ona postępować. Tom Waleer staje się może nawet bardziej irytujący, choć jak zwykle dobrze sobie radzi z presją, która spada na niego wraz z przyjęciem tej sprawy. Muszę przyznać, że ta część spodobała mi się o wiele bardziej niż poprzednie, w dużej mierze dlatego, że znów mamy do czynienia z większym naciskiem położonym na życie osobiste postaci, na ich motywacje, przyczyny podejmowanych przez nie działań. Motywy te są ściśle związane z fabułą, a jednocześnie nie są eksponowane nachalnie. Odnoszę wrażenie, że płyniemy przez tę sprawę razem z bohaterami.



„Najgorsze było nie to, że siedzi sama, tylko że nic dla nikogo nie znaczy. Gdy budziła się rano, ogromnie smuciła ją świadomość, że przez cały dzień może nie wstawać z łóżka, a nikomu nie zrobi to różnicy.”

Jeśli chodzi o zagadkę kryminalną – tutaj wiele mówić nie trzeba, bo i nie ma po co, w końcu czytając kryminały liczymy na element zaskoczenia :D. Tak jak zaznaczyłam wcześniej, mamy do czynienia z Kurierem Śmierci, który morduje przypadkowe osoby, a jego motywacje są niezrozumiałe. Ale z tajemnicami spotykamy się zarówno w prywatnych historiach bohaterów, jak i w sprawie, której szybkie rozwikłanie leży w interesie każdego z graczy. Może poza samym mordercą. Ta część porusza także wiele problemów pobocznych, co u Nesbo bardzo lubię. Postaci nie są oderwane od rzeczywistości. Każdy z bohaterów ma przeszłość, która w dużym stopniu wpłynęła na to, jakim stał się człowiekiem. Cechy, które autor im przypisuje nie biorą się z niczego, posiadają swoje uzasadnienie, dzięki czemu czytelnikowi łatwiej jest zrozumieć ich zachowania, które nierzadko pozostają trochę sprzeczne z logiką.

„Ja w każdym razie zawsze lubiłem budować. Wielkie rzeczy. Już w dzieciństwie budowałem wielkie pałace z klocków lego, o wiele większe niż inne dzieci. A na prawie odkryłem, że jestem poskręcany inaczej niż te małe ludziki ze swoimi małymi myślami.”

Pentagram czyta się bardzo szybko. Styl Nesbo niesamowicie mi odpowiada, ponieważ narracja na tyle wprowadza nas w sytuację, że wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Poza tym, co ważne, Nesbo wplata w książkę, której przeznaczenie zdecydowanie jest rozrywkowe, wiele mądrych słów i przemyśleń, które niejedną osobę mogą skłonić do zastanowienia się, zarówno nad własnym życiem, jak i nad tym co motywuje i napędza innych. A dzięki temu - fabuła wydaje się być o wiele pełniejsza, głębsza.



Przypominał jedną z tych niemogących zaznać spokoju dusz, które wędrują wzdłuż brzegu rzeki, a przewoźnik nie chce ich zabrać na drugą stronę. Trochę znam to uczucie. Wiem, jak to jest, gdy kąsają ci, których się karmiło. Odrzucenie, gdy wyjątkowo to ty potrzebujesz pomocy. Odkrycie, że na ciebie plują, a ty nie masz na kogo napluć. Powolne zrozumienie tego, co musisz zrobić. Paradoksalne jest oczywiście to, że kierowcy, który się nad tobą zlituje, poderżniesz gardło.”

Trudno mi w tym przypadku napisać coś więcej. Zagadka kryminalna jest tak dobra, że od książki ciężko było mi się oderwać. W zasadzie przeczytałam ją w dwa wieczory. Losy bohaterów są na tyle interesujące, że od razu musiałam sięgnąć po kolejną część (jej recenzji możecie niebawem spodziewać się na blogu). Mam wrażenie, że wrócił mój Nesbo. I mój Harry. Ten, którego poznałam w pierwszych dwóch tomach cyklu. Ten tom im dorównuje i przywraca mi apetyt na kryminały tego Autora. Książka otrzymuje ode mnie ocenę 8/10. I oczywiście polecam wszystkim miłośnikom skandynawskich kryminałów. 

Zetknęliście się już z Nesbo? Lubicie jego twórczość? A może polecacie jakieś kryminały, które podobnie jak ten doprowadzają do czytelniczego zatracenia? 

Koniecznie podzielcie się swoją opinią w komentarzach! 

Pozdrawiam Was serdecznie! 



niedziela, 24 września 2017

#8 [geim], czyli Nerve dla dorosłych.



„Przygoda bez ryzyka to tylko je*any Disnayland! Najwyższy czas dokładnie sprawdzić, gdzie mieszka królik.” 

O książce Nerve zapewne słyszało wielu z Was, prawda? Domyślam się, że motyw gry w książkach również poruszany był niejednokrotnie, choć ja kojarzę jedynie te dwie pozycje (jeśli Wy jakieś znacie i polecacie to piszcie w komentarzach! Chętnie poznam więcej). No i mnóstwo amerykańskich sensacyjnych filmów. Porównanie tych dwóch książek mimo wszystko nasuwa się samo. Jeśli chcecie podsumowania pozycji [geim] w trzech słowach, to właśnie porównanie do Nerve będzie oddawało najwięcej. Czytając te książkę od pierwszej strony zastanawiałam się – co było pierwsze? Według strony goodreads pierwsze wydanie Nerve pojawiło się w 2012 roku, natomiast [geim] jest książką szwedzkiego pisarza, która swą premierę miała w roku 2011. Niewykluczone więc, że autorzy obu tych dzieł, w tym samym momencie wpadli na podobny pomysł. Szczególnie, że motyw gry, w której człowiek otrzymuje nagrody za dobrze wykonane zadania i jednocześnie zdobywa popularność oraz sławę w sieci jest chwytliwy. Mimo wszystko bardzo podobna konstrukcja, jedynie przeniesiona w świat nastoletni, może budzić pewne podejrzenia co do inspiracji dziełem Andersa de la Motte. Po długiej wędrówce przez ten przeklęty internet, od którego przecież wszystko się zaczęło (a może od smartfona?), doszłam do tego, iż prawdopodobnie był to mimo wszystko niezależny proces twórczy autorów. Otóż prawdopodobnie pierwsza edycja książki [geim] miała swą premierę w Stanach Zjednoczonych w 2013 roku, a wątpię by autorka Nerve zaczytywała się w literaturze pisanej po szwedzku. Ciekawe, czy tamtejsi czytelnicy mieli podobne odczucia, jeśli chodzi o pewne podobieństwo tych dwóch pozycji.

„Według jednej gazety HP był prawicowym ekstremistą, według drugiej – wręcz odwrotnie – lewicowym aktywistą. Punkt widzenia zależał więc od punktu siedzenia redakcji. Z kolei kanały telewizyjne wolały widzieć w zdarzeniu dzieło międzynarodowego terroryzmu (…). Ale wszyscy Ci przemądrzali buce z tytułami akademickimi byli w błędzie! (…) Był tylko on. „The single shooter. A man with a mission.”

[geim] opowiada więc o grze, w której uczestnik za pomocą telefonu dokumentuje wykonywane przez siebie zadania i zdobywa punkty. Każde zadanie ma swój określony stopień trudności oraz, co ważne, przypisaną kwotę, którą można uzyskać za jego wykonanie. Henrik HP Petterson, bo tak nazywa się główny bohater, jest zapatrzonym w siebie egoistą, który uważa, że jego życie już dawno stanęło na krawędzi. Wydaje się też, że ze wzgórza skoczyła jego moralność i poczucie odpowiedzialności, a to co zostało pragnie aprobaty, podziwu, respektu, sławy, a także pieniędzy, bo praca Henrikowi nie idzie za dobrze, raczej stawia on na zwolnienia chorobowe oraz pomoc opiekuńczego państwa. Fabuła rozpoczyna się, gdy znajduje on telefon, który z chęcią by sprzedał, gdyby nie fakt, że coś przykuwa jego uwagę. Wraz ze znalezionym telefonem rozpoczyna się gra, w której każdy ruch pozornie zależy od uczestnika. 



To strach jest instrumentem władzy bracie. Instrumentem o niezwykłej sile. Wystarczy zagrać odpowiednią melodię, a ludzie padają na kolana, myślą o jakichś idiotycznych sprawach, przestają walczyć o rzeczy naprawdę dla nich ważne, na przykład o wolność słowa i poglądów, czy inne podstawowe prawa człowieka. To działa po obu stronach.” 

Jeśli chodzi o styl pisania Autora, to początkowo mocno mnie odstraszał, ale z czasem stał się dla mnie oczywistą częścią postaci Henrika. Otóż w książce pojawia się cała masa wulgaryzmów, szczególnie w pierwszych rozdziałach. Mam wrażenie, że był to celowy zabieg, którego zadaniem było pokazanie czytelnikowi, z jakim typem bohatera ma do czynienia. Z czasem język jakby złagodniał albo po prostu przestałam zwracać uwagę na pojawiające się sformułowania, co uważam za plus. Narracja jest intensywna i szybka. Akcja goni akcję, trochę jak w filmie sensacyjnym. Język jest bardzo surowy, zimny i myślę, że w co delikatniejszych osobach może wzbudzać początkową odrazę, wspomniane wyżej nadużywanie przekleństw.

„Nieszczególnie zaprzątał sobie tym głowę. Szwedzki kodeks karny nie uwzględniał kradzieży samochodu jako takiej. Zabór pojazdu w celu krótkotrwałego użycia, to tyle co nic.” 

Historia toczy się dwutorowo. Poza Henrikiem ważną postacią w powieści jest Rebecca – pracująca w policji kobieta, która za wszelką cenę chce być najlepsza w tym, co robi, a jej życie toczy się w zasadzie wyłącznie wokół pracy. Henrik jest faktycznie egocentrycznym i narcystycznym facetem. To też może być początkowo irytujące, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że nie robi nic pożytecznego. Rebecca natomiast w tym aspekcie jest jego przeciwieństwem – często nie wierzy w siebie, musi udowadniać sobie swoją wartość, podobnie jak innym wokół, również ze względu na jej płeć. Patrząc na bohaterów: obie te postaci mogą być irytujące i wiem, że niektórym z pewnością ciężko będzie je polubić. Oboje są specyficzni, nie wydają mi się stereotypowi, nie jest to też wynikiem odtworzenia pewnej kliszy. Choć HP Petterson może się wydawać wariacją na temat złośliwych i egocentrycznych śledczych, jakich poznajemy w norweskich kryminałach, to nie jest identyczny, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że śledczy zwykle przynajmniej pełnią pozytywną rolę w odniesieniu do społeczeństwa, potrafią mu się przysłużyć i chociaż na tę chwilę ogarnąć swoje życia, HP tego nie potrafi. Ponadto ma wyraźne problemy z rozgraniczeniem dobra i zła, a ludzie szybko go opuszczają, no i ciężko im się dziwić – trudno z nim wytrzymać. 


„Sądząc po długości fali upałów, globalne ocieplenie wyrabia pewnie nadgodziny.”

Teraz coś, co mnie zaskoczyło. Mimo że nie sympatyzowałam za bardzo z żadnym z bohaterów, to książka mnie do siebie przekonała. Nawet jeśli im nie kibicowałam, to chciałam poznać ich dalsze losy i dowiedzieć się, jakie podejmą decyzje. Minusem były rozmowy przez komunikatory, które jak dla mnie brzmiały dość sztucznie, trochę jak z epoki, gdy z internetu korzystaliśmy przez modem i nikt jeszcze nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Ale to drobny szczegół, bo zresztą nie było ich wiele. 

Wciąż nie mógł przestać marzyć o tym, żeby jakimś cudem wrócić i znów znaleźć się w świetle reflektorów. Był jak kundel szukający uznania, który choć zaliczył od Pana liścia w mordę, wciąż przykleja się do kolejnych nóg i próbuje z nimi kopulować, mimo, że znów dostanie.” 

Przejdźmy teraz do akcji. Momentami książka była zdecydowanie przerysowana. Jeśli po nią sięgniecie – zrozumiecie, o co mi chodzi. Sklasyfikowana jest jako kryminał/thriller/sensacja, ale nie do końca przypomina inne znane mi skandynawskie kryminały. Anders de la Motte sam wspomina, że lubi balansować pomiędzy skandynawskim a angielskim stylem pisania i to widać [wywiad z autorem z 2010 roku, czyli zaraz po napisaniu pierwszej części trylogii]. Ja książkę ulokowałabym bliżej sensacji i jak na powieść sensacyjną jest świetna. Czyta się ją podobnie szybko jak Pielgrzyma i chce się poznać zakończenie. Więc nawet jeśli dostrzeżemy w niej całą masę mankamentów, wydaje mi się, że trudno będzie odstawić ją na półkę. Sama gra jest przemyślana i dla takiego laika jak ja – wszystko było na swoim miejscu, no może poza kilkoma akcjami, które chyba postanowiły odlecieć w krainę rodem z „Niezniszczalnych”. Co więcej, dobrze jest zwrócić uwagę, że jest to debiut Autora i na niektóre rzeczy można przymknąć oko, a jak będzie (i czy będzie) się rozwijał - dam Wam znać w recenzjach kolejnych części.



„Medytacja sponsorowana przez Marlboro. Zawsze działa.” 

Co warto dodać, Autor pracuje jako dyrektor ds. bezpieczeństwa w szwedzkiej firmie IT. Być może to sprawia, że motyw gry wyszedł mu naprawdę nieźle i myślę, że jesteśmy w stanie wyobrazić sobie coś takiego w naszej rzeczywistości. Poza tym książka obficie wyposażona została w teorie spiskowe. Chętnie zobaczyłabym więcej elementów pochodzących z „gry”, jak na przykład kartoteki graczy, a tylko z jedną taką mamy do czynienia, co jest super fajnym zabiegiem. Czytając zakończenie, ogarnęło mnie ogromne zdumienie i sprawiło, że musiałam otworzyć kolejną część, by dowiedzieć się, co będzie dalej. Zdecydowanie wgniotło w fotel.

Ocena na jaką w moim odczuciu zasługuje książka to 7/10. W przeciwieństwie do Nerve nie znajdziemy tu wątków nastoletnich kłótni, miłości rodem z liceum, balansowania na krawędzi życia z zazdrości, więc jeśli to było to, co przekonało kogoś do Nerve, nie ma co na siłę próbować szukać tego w [geim]. Natomiast mamy do czynienia z jasnymi motywami, dla których człowiek daje się wplątać w jakąś szaloną rozgrywkę. Gdy pomyślę o głównym bohaterze, to wyobrażam go sobie jako takiego Stathama w Adrenalinie, któremu poklask potrzebny jest by żyć, bo inaczej w swoim życiu nie widzi on sensu. Widzę mężczyznę obrażonego na świat, pokłóconego z rzeczywistością, który w ten sposób odreagowuje swoje rozczarowanie i upokorzenie społeczne. Odradzam wszystkim, których razi wulgarny i mocno kolokwialny styl prowadzenia narracji, bo pewnie cena płacona irytacją, będzie wysoka. 


„Mange miał świra na punkcie kontroli w sieci. Napisał nawet list do gazety oraz manifest przeciwko firmie zajmującej się rozpoznaniem radiowym i przeciwko dyrektywie UE o naruszaniu praw własności intelektualnej. Działał też w Partii Piratów. Oczywiście wszystkie te wolnościowe slogany wcale nie brzmiały fałszywie w ustach bananowych liberałów, którzy całymi dniami szaleją na Google’u, blogach, Twitterze i fejsie, a w supermarkecie z zadowoleniem wykorzystują kartę klienta i kupują orkiszowy makaron albo ekologiczną srajtaśmę w promocji. Oferta specjalnie dla Ciebie! Jasne, taka była cena wolności.”

A czy Wy czytaliście [geim], a może Nerve? Jestem ciekawa, co sądzicie zarówno o jednej, jak i o drugiej pozycji. Lubicie tego typu literaturę, gdzie mamy do czynienia z czymś w rodzaju rzeczywistości rozszerzonej? I czy irytują Was wulgaryzmy w tego typu pozycjach, czy akceptujecie je, jako coś pomocnego w kreacji postaci? 

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze! Uwielbiam je czytać i dowiadywać się o Waszych odczuciach!

Buziaki, 
Cass.






Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia