Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 grudnia 2017

#21 Dwanaście niedokończonych snów, czyli o tym, gdzie można zawędrować, gdy porwie nas prąd życia.




„Po kawie nie mogło Ci tak odwalić. I nie wiem, czy mogę ci wierzyć. To jakbym zaufała rosyjskiemu paktowi o nieagresji.” 

Witajcie kochani! Już po świętach, makowce się skończyły i większość z nas musiała ponownie zmierzyć się z trudami codzienności. Na moim blogu jednak święta jeszcze się nie kończą, a to za sprawą Nataszy Sochy i jej świątecznej powieści „Dwanaście niedokończonych snów”. 

„A jednak śnieg coraz rzadziej pojawiał się w grudniu, jakby chciał zobaczyć, czy święta odbędą się również bez niego i czy mimo wszystko znajdą swoich wielbicieli.” 

Wybór świątecznych lektur był dla mnie sporym problemem. Wachlarz możliwości zawężały moje obawy przed (zbyt) lekką i (zbyt) cukierkową pozycją o miłości, w której wszystko będzie (zbyt) oczywiste. Ta książka zwróciła moją uwagę ze względu na krótki opis fabuły, z którego dowiedziałam się przede wszystkim, że Momo (cóż za cudowny przydomek!) jest zamkniętą w swoim pudełkowym życiu dziewczyną, gdy nagle w jej życiu pojawiają się sny. Senne marzenia kierują ją w miejsca, do których w życiu by się nie udała, dzięki czemu poznaje ludzi, którzy pomagają jej zrozumieć siebie samą. 


„Jasne. Perfumy, gacie z koronki i książkę o duńskiej metodzie bycia szczęśliwym. Odradzam. Głaskanie psa, picie kawy z kubka ubranego w sweterek, czy też zjedzenie żytniego chleba z rzodkiewką jeszcze nikogo nie wyleczyło z depresji. I nie sądzę również, żeby czyniło szczęśliwym. Ten duński bełkot namieszał tylko wszystkim w głowach, ale przed autorką chylę czoła. Zarobić kupę kasy na wciskaniu nam kitu o zbawiennym wpływie cynamonowej herbaty i pisaniu listów do przebiśniegów, to jest dopiero sztuka. Wierz mi, twoja żona nie chce hygge. Bierz naszyjnik.” 

Jeśli chodzi o fabułę, to była ona na naprawdę dobrym poziomie, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że cały czas mówimy o świątecznej pozycji! Jak wspomniałam wcześniej – wyruszamy z Momo w pewną podróż przez sny. Towarzyszymy jej w ciągu dnia, by później uczestniczyć w tym, co podświadomość pokazuje jej nocą. Sny są częścią bardzo abstrakcyjną. Nie są proste, sztampowe, a przekaz z nich płynący nie jest oczywisty. Cała teoria znaczenia snów też została ukazana tu w fajny sposób. Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę, że główna bohaterka w gruncie rzeczy usiłuje nauczyć się świadomego śnienia i całkiem nieźle jej to wychodzi. Nie mam zielonego pojęcia, czy to był świadomy zabieg, czy też nie, ale z pewnością wielu z nas by chciało móc kierować swoimi snami. 

Trzynastolatki nie mają łatwego życia. Po pierwsze, wyrastają z kombinezonu dziecka posłusznego i wskakują w skafander utkany z hormonów i pryszczy. Po drugie, nie rozumieją, dlaczego nikt ich nie rozumie. A po trzecie, odkrywają, że świat jest głupi, dorośli jeszcze bardziej, a one muszą same temu wszystkiemu stawić czoła.” 

Nie jest to książka typowo świąteczna. Nie będziemy tu lepić pierników i stroić choinek, a przynajmniej nie cały czas. Choinki owszem, pojawiają się, ale całokształt nie jest kolejną świąteczną opowieścią, Boże Narodzenie jest tu nieco w tle. Sny układają się w pewien magiczny rodzaj kalendarza adwentowego, który każdego kolejnego dnia przynosi głównej bohaterce niespodziankę i nieuchronnie odlicza czas do Wigilii. Wraz z kolejnymi sennymi okienkami w kalendarzu życie Momo ulega zmianie, którą trudno przeoczyć, nawet mało uważnemu obserwatorowi. Jeśli więc spotkacie gdzieś kobietę, która chodzi ubrana wyłącznie na czarno, nie pija kawy i jada tylko jogurt naturalny, to koniecznie dajcie jej tę książkę! A tak na poważnie, mimo wszystko polecałabym po nią sięgać w okresie okołoświątecznym, bo wprowadza atmosferę ciepła i nadziei, w akompaniamencie śmiechu. 


Zresztą. Strojenie choinki Polacy wzięli od Niemców i pewnie większość nie miała o tym pojęcia, inaczej już dawno by się zbuntowali. Od Niemca można co najwyżej wziąć odszkodowanie.” 

Bohaterowie są świetnie wykreowani. Są niemalże namacalni. Ciotka Rebeka stoi koło nas wygłaszając swoje cięte argumenty na każdy temat. Pati i jej podejście do życia skłaniają do refleksji, choć niejednokrotnie przy okazji bawią czytelnika. Każda postać posługuje się spójnym i tylko sobie przypisanym językiem. Każdy z bohaterów jest bardzo charakterystyczny, czasem może się wydawać, że aż za bardzo. Nawet zawody, które wykonują są niecodzienne i specyficzne, mimo wszystko jest to w moim odczuciu ogromna zaleta książki. Czasami delikatne przerysowanie pomaga w stworzeniu niepowtarzalnej atmosfery. 

Grudzień wygrał los na loterii. Zimny, mokry, często deszczowy i depresyjno-ponury miesiąc, o którym nikt tak jednak nie mówi. Bo przecież na jego końcu błyszczy gwiazdka, pachnie choinka i bieli się obrus na stole.” 

Największą zaletą tej książki jest zdecydowanie styl autorki. Książka jest przepełniona cytatami, które wywołują uśmiech na naszej twarzy. Czasami śmiałam się na głos, uczestnicząc w książkowych sytuacjach, tak jakbym stała na miejscu Momo. Emocje jakie mi towarzyszyły trudno mi zdefiniować, bo raz siedziałam w oparach radości, by za chwilę oddawać się refleksjom nad moim własnym życiem, ale to zdecydowanie znak czasu, bo kiedy zbliża się koniec roku moje myśli często rozbiegają się w różnych kierunkach. Lekturę uważam za trafioną w stu procentach. Idealną na ten moment, niebanalną, napisaną świetnym językiem, tak że w zasadzie strony kartkują się same, a książka w zawrotnym tempie zbliża się ku końcowi. Daję jej ocenę 8.5/10. 

A Wy? Nadal zaczytujecie się w świątecznych książkach, czy może już wróciliście do standardowego trybu czytelniczego? Święty Mikołaj pamiętał, że kochacie czytać? :) Ja wracam do Alei siódmego anioła, więc to jeszcze nie koniec świątecznych recenzji :) 

sobota, 11 listopada 2017

#16 Pacjentka z Sali numer 7, czyli co warto czytać w zatłoczonej poczekalni Nocnej Pomocy Lekarskiej.



„Wódz Pocahontas jest małą kobietką, która patrzy śmierci prosto w oczy i zdaje się mówić >>Dwanaście lat studiowałam, suko!<<”

Przyznam szczerze, że dzisiaj będzie mniej spójnie, a bardziej prywatnie. Mniej recenzyjnie, a bardziej blogowo. Nie szablonowo, a abstrakcyjnie. Bo dzisiaj na salony wkracza książka młodego lekarza, stażysty – Baptiste Beaulieu, który stworzył coś, co rano sprawiło, że się śmiałam, leżąc w łóżku. Po południu, że próbowałam opanować się w autobusie, a wieczorem - wizyta w Nocnej Pomocy Lekarskiej, pewnego nieco zniszczonego przez los i wiek szpitala, wydała się bardziej przyjazna, nawet jeśli ludzie, no cóż, byli tacy jak to zwykle bywa w poczekalniach.

 „Nie lubię słowa śmierć. Nie umieramy: dosiadamy tęczowego ogiera, który zabiera nas na rodeo po chmurach, przy dźwiękach Lucy in the sky with Diamonds.”

Kochani moi, więc zapowiadam Wam już na początku, że dzisiaj odrywamy się od szarej rzeczywistości i zapominamy o tym, jak często czuliśmy się poszkodowani. Dzisiaj myślimy w tych kolorowych barwach. Proszę Was, byście czytając tego posta spróbowali sobie przypomnieć, jak często lekarze Wam pomogli, jak któryś poprawił Wam humor, dlaczego kochaliście swojego ulubionego pediatrę i czemu oni byli tacy fajni, gdy sugerowali, by anginę leczyć lodami!

„Rafael jest zły na cały świat, a cały świat ma to gdzieś.”

No więc o czym tak naprawdę może być książka młodego lekarza? Jest o pacjentach, o chorobie, o życiu. Jest siedmiodniową historią ciężkiej choroby, z bardzo humorystycznym zacięciem na pierwszym planie. Gdzieniegdzie autor sprawia, że nie możemy przestać się śmiać, choć wizyty w szpitalu do przyjemnych nie należą, by chwilę potem sprowadzić nas na ziemię obrazem przemijania i bólu. Tak, sądzę, że mimo swej irracjonalności i nieprzystawalności do rzeczywistości, wolę wyobrażać sobie pobyty w szpitalu tak, jak pokazuje mi to Baptiste, niż sugerując się kasowym filmem Botoks.

 Śmierć przeprowadza czystki personalne.”

Szpital ma pięć pięter. Jeśli zdecydujecie się sięgnąć po książkę, to autor z przyjemnością wytłumaczy Wam, jaką ideologię stworzył do tego układu. Główny bohater jest częstym gościem najtrudniejszego z nich, bo tego, które jest najbliżej nieba. Spędza nieliczne wolne chwile z kobietą, którą pragnie zatrzymać na ziemi. Choć na chwilę, dwie. Aby to zrobić – snuje historie, opowiada anegdotki, kreuje życie na oddziale, z którego ono ucieka.

 „Mieć wrażenie, że jest się leczonym przez prawdziwego lekarza, to już pięćdziesiąt procent wyzdrowienia. Efekt placebo lekarza. A że jestem spryciarz i jeszcze nie do końca opanowałem technikę, więc placebuję swoich pacjentów wizerunkiem „młody-przyszły-stary-profesor” medycyny.”

W książce pojawiają się historie, które trudno nam sobie wyobrazić. Raz tragiczne, raz śmieszne, czasem wzruszające. Kiedy tylko coś nas za bardzo poruszy, autor skutecznie przechodzi do standardowej konwencji - terapii śmiechem, a może raczej, jak sam definiuje cel powstania książki – uczłowieczania zarówno lekarza, jak i pacjenta. Bo będąc po którejkolwiek ze stron, dla tej drugiej występujemy w jakiejś roli. Baptiste próbuje pokazać nam, że wszyscy jesteśmy ludźmi.

„Przegraliśmy wojnę – pisze na koniec – ale czuję się mniej nieszczęśliwa, dzięki temu, że stoczyłam ją i przegrałam u pana boku.”

Ja doskonale zdaję sobie sprawę, że autor albo był na haju związanym z powołaniem do pracy z ludźmi, albo faktycznie skorzystał z wiedzy, które leki dają najprzyjemniejsze efekty, gdy nie stosuje się ich zgodnie z ulotką, kiedy momentami odpływał do świata różowych jednorożców i lekarzy, którzy by pacjenta nie bolało, zaczynają śpiewać i tańczyć, a przynajmniej stepować. Whoa, serio. Myślę, że jesteśmy na podobnym poziomie abstrakcji, w obu tych przypadkach (ale jeśli spotkaliście się z taką sytuacją, to ja koniecznie chcę poznać tę historię! :D).

„Jego głowa jest wypełniona dymkami z komiksów. On nie je, on robi >mniam,mniam<, nie zakłada endoprotezy kolana, tylko robi >stuku, puku<. On nie śpi, on robi >zzzzzz<.”

Wiele wątków wyda się nam naprawdę niemożliwych, ale mimo tych niemożliwości, książka nie traci na wartości. Nie jest to reportaż, nie są to realne obrazy ze szpitalnych sal i korytarzy. To koncept, który autor stworzył, by wciągnąć czytelnika tak, by ten nie mógł się oderwać. Ale ja naprawdę jestem skłonna sobie wyobrazić siebie, leżącą na szpitalnym łóżku i zaczytującą się w tej pozycji, by trochę osłodzić sobie swoje położenie i myślę, że wyszłoby mi to na zdrowie!


Poza Baptiste poznajemy innych stażystów, którzy przedstawieni są jak jedna, wielka rodzina. Zamieszkują Dom Lekarza.  Wspierają się, kiedy tylko mogą. Zmieniają, pomagają, podtrzymują. Są dla siebie tratwami, które w razie wypadku pomogą dopłynąć do bezpiecznego brzegu. W tle migocze nam starsze pokolenie lekarzy, trochę bardziej zmęczonych, racjonalnych, mniej emocjonalnie podchodzących do każdego przypadku, który pojawi się w szpitalnym holu.

„Zły dzień. Życie jest niezwykłe, jeśli patrzycie na nie pod niezwykłym kątem. W przeciwnym razie to tylko słoik gówna.”

Świetnym zabiegiem jest fakt, że autor postanowił pobawić się imionami. Naprawdę! Poznajemy państwa Freudów, pana Nietzschego. Ktoś inny będzie nazwany Mazda, a znana pani doktor przyjmie przydomek - Wódz Pocahontas. To niesamowicie ubarwia powieść. Tak naprawdę bardzo lekko i powierzchownie przechodzimy przez temat wielu chorób, problemów z jakimi mierzą się i pacjenci, i lekarze. Nie, z tej książki nie dowiemy się, jak naprawdę wygląda życie osoby chorej na raka, czy jak bardzo demencja niszczy ludziom życie. Nie poznamy końca, kresu, w jego realistycznej formie, więc jeśli ktoś tego oczekuje, to ta pozycja z pewnością tego nie odda. To brzmi trochę jak krótka laurka dla twarzy, które udało mu się zapamiętać, przegląd zebranych historii. Ale laurka napisana ciekawym językiem, która sprawia, że świat wygląda, może wciąż jak „słoik gówna”, ale chociaż ładnie opakowany.

„Kot nie pamięta, ale walkiria Thrud go rozpoznała, spotkali się trzy tygodnie wcześniej. Dokładnie w dniu, w którym zmieniła zdanie na temat lekarzy i odkryła delikatność chirurgów ortopedów (a zapewniam was, że słowo delikatny i ortopeda niezwykle rzadko idą z sobą w parze!)”

No i proszę. Autor mówi, że delikatny ortopeda to oksymoron. A ja Wam przysięgam, że moi ortopedzi byli świetni w tym, co robili! Sympatyczni, delikatni, łagodni. Pojawiał się zwykle tylko jeden problem – każdy z nich uważał, że tylko on wie co robi, a ten drugi jest po prostu partaczem. W związku z tym, gdy jeden włożył mi nogę w gips, a drugi gips zdejmował, to dowiedziałam się, jak tragicznie to było wykonane! Analogiczna, lecz odwrotna sytuacja wydarzyła się, kiedy „uszynowili” moją rękę. „Kto Pani to zrobił?” – pytali! A najważniejsze w tym wszystkim jest to, że zarówno noga, jak i ręka, są w pełni zdatne do użytku. Moi koledzy, którzy łamali się zdecydowanie częściej niż ja, potwierdzą moje słowa.



 „Jeśli zegar jest punktualny, to ja jestem spóźniony.”

We mnie ta książka obudziła wiele pozytywnych emocji i postanowiłam się z Wami nimi podzielić. Oczywiście, wiele razy spotkałam się z niezrozumieniem i niechęcią, ale ileż to razy wychodziłam z gabinetu z uśmiechem na twarzy. Czasem z prostej przyczyny – ktoś wreszcie wpadł na pomysł, jak mi pomóc. Jako dziecko dlatego, że lekarz zamiast „aaaaa”, chciał bym mówiła „eeeee”, a dla małej wersji mnie to było bardzo zabawne. Wtedy, kiedy gorączka i angina przed maturą postanowiły utrudnić mi życie, a lekarz uparcie twierdził, że muszą mnie przecież wpuścić z lodami na salę egzaminacyjną. Dlatego, że ktoś mnie nie oceniał. A najmocniej w moją pamięć wryło się takie, absurdalnie mało ważne zdarzenie, kiedy to otrzymałam karteczkę z widniejącym na niej zdaniem „Cass jest zdrowa”, którą swobodnie mogłam operować, kiedy świat miał do mnie pretensje. Wraz z komentarzem, że jeśli ktoś będzie miał wątpliwości, to mam go kierować do mojego lekarza. I wiecie co, miło jest pomyśleć o tych dobrych momentach, zamiast wciąż denerwować się na te złe. Dzisiaj też kazali mi mówić „eeeee”. I choć dziś już wiem, że to nie jest żart, to wciąż mnie to śmieszy :D.

„To jest właśnie prawdziwe życie, to nie telewizja, nie ma aniołków na skraju ośnieżonego dachu, a cuda się nie zdarzają.”

Na koniec smutna konstatacja naszego życia. Nie ma aniołków, nie ma cudów, nie ma czarodziejskich różdżek i kamienia filozoficznego. Ale jesteśmy my. Dzisiaj, tutaj, teraz. Przechodząc przez kolejne strony tej książki warto pomyśleć o czymś dobrym. Zdać sobie sprawę, że życie jest teraz i tu, a nie za miesiąc, rok, dwanaście. Często o tym zapominamy. Ba! Ja w ogóle o tym nie pamiętam. Ale książka wpadła do mnie w odpowiednim czasie i spróbowała mi przypomnieć.

„Dwie minuty później, w windzie, która zjeżdża do laboratorium dzierżę w dłoni strzykawkę, niczym Wolność wiodąca lud na barykady swój sztandar.”

Jeśli ktoś dotarł do tego momentu i nie zasnął, bądź też nie przewinął strony w przypływie narastającej potrzeby ziewnięcia – chylę czoła! Książka nie spodoba się każdemu – tak myślę. Często jest bardzo realistyczna w opisach, które nie wszystkim przypadną do gustu. Może też wywołać pewien rodzaj niechęci w ludziach, którzy mają bliską styczność, czy to z medycyną jako taką, czy też z chorobą. Trywializacja tych zjawisk może wydać się dla niektórych bolesna, śmiech z pewnych rzeczy – niekulturalny, nieelegancki, nie na miejscu. Biorę poprawkę na to, że personel medyczny też musi oswoić się z tym, co nieuniknione. Niekiedy tym, co pozostaje, by zachować zdrowe zmysły, jest śmiech. Przyznaję jej ocenę 8/10. Jestem przeszczęśliwa, że udało mi się wpaść na tę pozycję, bo to było to, czego akurat potrzebowałam – fajna, lekka lektura.


Znacie jakieś powieści w podobnym klimacie? Jeśli macie ochotę, podzielcie się ze mną w komentarzu jakąś miłą anegdotką, sytuacją, którą przeżyliście w ramach swojej styczności z lekarzami : ) A może macie jakiegoś swojego ulubionego, którego nie oddalibyście za żadne skarby świata? Myślę, ze ta pozycja to dobry powód do tego, by o tym powiedzieć :D 

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia